
Niechciane marchewki leżą na polu już od ponad trzech tygodni. Nie są długie, czasem grube jak burak, a niektóre są podwójne. Te o idealnie marchewkowym kształcie zostały zebrane od razu. Tych "brzydkich" nikt nie chce, a jest bardzo dużo. Nie wiem nawet czy nie więcej, niż tych "ładnych". Leżą sobie cichutko na polu i czekają aż zgniją. Biedne niechciane marchewki...
W sklepie można kupić tylko proste i o określonej długości. Nic dziwnego, że kosztują 17 NOK za kilogram, skoro tak niewiele z nich jest zdatnych do jedzenia (według Norwegów, rzecz jasna). Podobno w niektórych częściach kraju, skupuje się za bezcen te "brzydkie" marchewki, na przeciery i soki. Ale tutaj takiego skupu widocznie nie ma albo nie opłaca się ich do tego skupu wozić. Kto wie, może przy następnym zbiorze marchewek, znajdą się ludzie którzy przygarną "brzydkie" marchewki...
















2 komentarze:
Ja z kolei słyszałam, że jeżeli spróbowałoby się od tak zabrać tych parę "brzydkich marchewek" dla siebie - przykładowo dla zwierzaczka, to można zapłacić za to 'przestępstwo' nie małą karę... Ile w tym jest prawdy nie wiem, bo nigdy nie rozumiałam co Ci Norwedzy mają napisane na tabliczkach postawionych tuż przy polu.
No na tutejszych tabliczkach tylko adresy można spotkać :) A czy jest takie prawo? Nie wiem... Myślę jednak, że można by zapytać takiego rolnika czy oddałby z kilo krzywych marchewek. Nie sądzę by robił problemy - Norwedzy są mało oszczędni :)
Prześlij komentarz